Odnowienie więzi z Bogiem

Odnowienie więzi z Bogiem

Jeśli mówimy o Bożym przebaczeniu, trzeba na nowo spojrzeć na sakrament pokuty. Sakrament pokuty jest owocem męki i śmierci Jezusa Chrystusa. Tej, którą na gorzkich żalach rozważamy.

 

Wprowadzenie

Sens gorzkich żali

Po co przychodzimy na gorzkie żale? Po co rozważamy Mękę Pańską na gorzkich żalach, na drogach krzyżowych czy śpiewając pieśni pasyjne? Po to żeby współczuć Jezusowi? Po to, żeby złościć się na Żydów, na rzymskich żołnierzy albo na Judasza? Może po to, żeby wzruszać się, jak przy jakiejś smutnej książce albo na melodramacie w kinie?

Przychodzimy tutaj i rozważamy Mękę Pańską, po to by uświadomić sobie ogrom miłości Boga do każdego z nas. Miłości, która poprowadziła Jezusa na krzyż.

Sakramenty – owoce męki

Musimy sobie też uświadomić, że ta miłość nie skończyła się. Że chociaż największym dziełem Bożej miłości była męka i śmierć Jezusa, to ta miłość trwa i owoce tego dzieła także trwają i są dla nas dostępne.

Na krzyżu Jezus modlił się o przebaczenie dla swoich prześladowców. Na krzyżu wybaczył Łotrowi i obiecał mu raj. Na krzyżu pozwolił przebić sobie bok, a z tego boku wypłynęła krew i woda, które są dla nas znakiem sakramentów Kościoła. Teraz więc, jeśli chcemy korzystać z tych owoców męki Chrystusa, jeśli chcemy, by Jego Ofiara nie poszła w naszym życiu na marne, trzeba nam korzystać, i to korzystać jak najpełniej, z sakramentów.

Jeśli mówimy o Bożym przebaczeniu, trzeba na nowo spojrzeć na sakrament pokuty. Sakrament pokuty jest owocem męki i śmierci Jezusa Chrystusa. Tej, którą na gorzkich żalach rozważamy.

Jak wygląda twoja spowiedź?

Jak wygląda twoja spowiedź? Jak wygląda – więcej, nie tylko spowiedź – twój sakrament pokuty? Może już od wielu miesięcy -może lat – przychodzisz do konfesjonału i powtarzasz te same grzechy?

Może już od dawna odkładasz spowiedź? Może nie widzisz w niej żadnego sensu, może nie widzisz jej wpływu na swoje życie? A może boisz się, wstydzisz się iść do spowiedzi? A może jest wręcz przeciwnie – nie masz żadnego lęku, żadnego wstydu?

Jeśli tak jest, to znaczy, że jeszcze nie pojąłeś głębi sakramentu pokuty.

Czasem traktujemy spowiedź jak śmietnik. Czujemy na sobie jakiś brud, mamy poczucie winy i chcemy się od niego uwolnić, zrzucić to z siebie. Wtedy idziemy do konfesjonału.

Albo wiemy, że dobrze jest przyjmować Komunię świętą, a nie można jej przyjąć bez spowiedzi, więc idziemy do konfesjonału.

Gdy mamy różne życiowe problemy, potrzebujemy rady, a ksiądz wydaje się kimś godnym zaufania, więc idziemy do konfesjonału, żeby się zwierzyć czy skorzystać z jakiejś „terapii”.

Czy to jest sakrament pokuty? Czy to jest korzystanie z owoców męki i śmierci Zbawiciela?

Nie tylko „przepraszam”

Czym jest sakrament pokuty? Jest odnowieniem naszej więzi z Bogiem. Można go porównać do przepraszania i godzenia się z kimś. Jak godzą się przyjaciele albo małżonkowie. Kiedy jedna osoba zawiniła wobec drugiej, czuje, że wyrządziła krzywdę i przeprasza.

Nie przepraszają się, żeby tylko się przeprosić, żeby pozbyć się poczucia winy. Przyjaciele czy małżonkowie przepraszają się, żeby chronić swoją wzajemną przyjaźń czy miłość. Aby odbudować to, co jakaś krzywda, jakieś przewinienie zniszczyło. Bo bez przebaczenia nie ma prawdziwej miłości i przyjaźni.

Żeby takie odbudowanie, pojednanie dokonało się między nami a Bogiem w sakramencie pokuty, nie wystarczy przyjść do konfesjonału i wyliczyć swoje grzechy. Kościół uczy nas, że sakrament pokuty składa się z pięciu części. Pięciu warunków sakramentu pokuty.

Rachunek sumienia. Żal za grzechy. Mocne postanowienie poprawy. Szczera spowiedź. Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu.

Bez wypełnienia któregoś z tych warunków nie ma sakramentu pokuty. Bo nie ma pojednania się z Bogiem. Tak jak czasami w naszych przyjaźniach czy małżeństwach nie ma prawdziwego pojednania. To takie sytuacje, kiedy słowo „przepraszam” jest tylko pustym dźwiękiem, a nie wyrazem szczerej postawy.

 

Rachunek sumienia

 

Potrzeba rachunku sumienia

Zwróćmy uwagę na pierwszy z tych warunków. Rachunek sumienia. Czasami nie czujemy potrzeby rachunku sumienia. Czasami po prostu idziemy do spowiedzi z tymi samymi grzechami, co poprzednim razem. „Bo przecież – mówimy – nic się w moim życiu nie zmieniło; mam te same grzechy, te same dobre uczynki, te same problemy”…

Jak często robimy rachunek sumienia tylko po to, żeby jakoś poukładać swoje grzechy, żeby potem odpowiednio zabrzmiały w konfesjonale. A tymczasem prawdziwy rachunek sumienia nie jest dla księdza spowiednika. Jest dla nas samych i jest formą modlitwy.

Wróćmy do tego porównania z jakimś konfliktem czy jakimiś problemami w małżeństwie. Często jest tak, że mąż albo żona nie rozumie, że robi jakąś krzywdę tej drugiej osobie. Bo nie zdaje sobie sprawy, że takie czy inne zachowanie może drugą osobę ranić. Bo nie wie, że dla tej osoby jakaś sprawa jest tak bardzo ważna. Dlatego w każdej relacji, a zwłaszcza tych bliskich relacjach – rodzinnych – trzeba się uczyć stawiania się w roli tej drugiej osoby; jakby patrzenia jej oczami. Uczyć się, co jest dla niej ważne, żeby tych wartości nie naruszać.

Patrzeć oczami Boga

I podobnie jest w rachunku sumienia. Trzeba nam spojrzeć oczami Boga na nasze życie, nasze postępowanie, na nasze serce. Wczuć się w to, co jest ważne dla Pana Boga.

Nie do końca odpowiednie jest tu słowo „rachunek”. Rachunek kojarzy się z liczeniem i płaceniem. Natomiast w sakramencie pokuty nie chodzi o płacenie. Nie dalibyśmy rady zapłacić za nasze grzechy. Dlatego Ktoś już ten nasz rachunek zapłacił. My chcemy teraz skorzystać dobrodziejstw, które zostały już zapłacone. Nasz rachunek sumienia nie powinien być więc rachunkiem. Ale otwarciem oczu na swoje własne życie, na swoje własne sumienie, tak aby spojrzeć na nie oczami Boga. Jak to zrobić?

Więcej niż dziesięć pytań

Jedną z najprostszych, a jednocześnie – okazuje się – wcale nie takich prostych, form jest przypomnienie sobie dziesięciu przykazań Bożych. Przypomnienie sobie i zadanie sobie serii pytań: czy ja te przykazania wypełniam? Ale nie może to być tylko dziesięć pytań. Bo każde z przykazań kryje w sobie wielką głębię, chroni wielkie wartości, które mogły być w naszym życiu naruszone. I nie może być tak, że np. dojdziemy do przykazania trzeciego i stwierdzimy, że w ostatnim czasie nie opuściliśmy żadnej niedzielnej Mszy świętej, więc jesteśmy w porządku. Świętowanie dnia Pańskiego to znacznie więcej. Świętowanie to nadawanie świętości – przez modlitwę, wybieranie odpowiednich zajęć, wprowadzanie dobra do swojego życia właśnie tego dnia.

Każde z przykazań można rozważać bardzo długo, oceniając swoją postawę względem tych wartości, które ważne są w oczach Bożych i które właśnie dlatego zostały ujęte w kodeks Dekalogu. Ale nie tylko wyliczając i porównując, ale przede wszystkim uświadamiając sobie, że te przykazania dał nam kochający Ojciec. Ojciec, który ma do nas zaufanie, który liczy na nas. Który dał nam te przykazania z miłości. I który na pewno jest zawiedziony za każdym razem, kiedy nasze postępowanie się w tych przykazaniach nie mieści.

Wierzchołek góry lodowej

Nie wystarczy wyliczyć różnych złych zachowań. Trzeba sięgać nie tylko do konkretnych czynów, słów czy myśli, czy zaniedbań. Trzeba szukać także przyczyn naszego postępowania. Bo często konkretny grzeszny czyn jest tylko „wierzchołkiem góry lodowej”; jakiegoś problemu, jakiejś choroby, która toczy nasze serce. Można np. wyspowiadać się – a wcześniej w rachunku sumienia wymienić grzech – „kłóciłem się”. Ale czy to kłótnia jest grzechem? Czy grzechem nie jest raczej jakieś niezrozumienie, niepodejmowanie próby zrozumienia; czy grzechem nie jest brak miłości; czy grzechem w danym przypadku nie jest egoizm, jakaś zarozumiałość; czy grzechem nie jest chęć postawienia zawsze i tylko na swoim? Trzeba nam wchodzić głęboko w przyczyny naszych problemów. Bo Bóg – a uczymy się w końcu spojrzenia Boga – On patrzy głęboko, do głębi serca.

Moje sumienie

Często w naszym zastanawianiu się nad różnymi sytuacjami, widzimy, że nie tylko my zawiniliśmy, że sytuacja była skomplikowana, że ktoś także nam zrobił krzywdę. Nie powinniśmy zatrzymywać się na tym, nie powinniśmy poddawać się pokusie oceniania w rachunku sumienia czyichś motywów, czyichś postaw, zachowań. Nawet jeśli to my doznaliśmy krzywdy. Tak, to może być prawda, że inna osoba też zawiniła, że na sytuację złożyło się wiele czynników. Ale w rachunku sumienia poddajemy ocenie własną postawę.

Dziękować

I jeszcze nie można zapomnieć o jednym. O dziękowaniu Bogu. Rachunek sumienia – który nie jest rachunkiem – to nie tylko uświadomienie sobie zła. Bo to szatan chciałby nam pokazać, że jest tylko zło. W tej modlitwie, jaką jest rachunek sumienia, musi być też miejsce na dostrzeżenie dobra. Dobra, które otrzymujemy każdego dnia od Boga. Które możemy wypełnić dzięki miłości Bożej. I złym rachunkiem sumienia jest ten, w którym widzimy tylko zło.

A może codziennie?

Taki rachunek sumienia, taka praktyka życia duchowego – warto, aby pojawiała się nie tylko przed przystąpieniem do spowiedzi. Warto, aby każdy nasz dzień kończył się spojrzeniem na życie oczami Boga. Jeśli rozpoczynamy dzień od pacierza i wypowiadamy dziesięć przykazań Bożych, warto chociaż krótko każdego dnia zastanowić się, czy to przypadkiem nie były tylko puste słowa, czy też okazało się, że według tych przykazań postępowaliśmy. Warto też podjąć wtedy jakieś drobne postanowienie, tylko na następny dzień. I następnego dnia wieczorem zastanowić się, czy udało się to postanowienie – dzięki Bożej łasce – wypełnić.

Wszystko to sprawia, że powoli uczymy się Bożego spojrzenia na swoje życie. I to sprawia, że Boże spojrzenie towarzyszy nam nie tylko w momencie dokonywania rachunku sumienia, ale możemy z czasem zauważyć, że to Boże spojrzenie przenika nasz sposób myślenia i postępowania na co dzień.

 

Żal za grzechy

 

Żal za grzechy to najważniejszy, a jednocześnie w jakiś sposób najmniej konkretny, można powiedzieć: najbardziej abstrakcyjny, najbardziej nieuchwytny z pięciu warunków sakramentu pokuty. Nie da się tego żalu w wymierny sposób zapisać, wykonać. To coś, co mamy w sercu, pewna postawa ducha.

Najważniejszy

Jest najważniejszym z warunków sakramentu pokuty. Bo to on decyduje, czy dokonuje się nasze nawrócenie, które jest istotą sakramentu pokuty. Zdarzają się takie wyjątkowe sytuacje, kiedy nie da się przystąpić do spowiedzi ani wypełnić innych warunków, np. kiedy przed śmiercią ktoś już nie zdąży ani widzieć się z księdzem, ani tym bardziej wypełnić żadnego zadośćuczynienia za swoje grzechy. W takich wyjątkowych sytuacjach wierzymy, że sam żal, jeśli jest żalem doskonałym (płynącym z miłości do Boga), sprawia, że następuje odpuszczenie grzechów, nawet bez wypowiedzenia ich w spowiedzi.

„Żal duszę ściska, serce boleść czuje”

Czym jest tak naprawdę żal za grzechy? Nie jest to taki żal, jak ten, o którym śpiewamy w gorzkich żalach. Nie zawsze jest to żal, który ściska naszą duszę, który z oczu wydobywa łzy. Bo nie to jest najważniejsze. Chociaż są takie grzechy, takie sytuacje w naszym życiu, kiedy zło budzi w nas dogłębny smutek. Są takie sytuacje, jak w życiu apostoła Piotra, który zaparł się swojego Mistrza trzy razy, a potem Jezus spojrzał na niego i Piotr gorzko zapłakał. Ponieważ uświadomił sobie, że zdradził, zawiódł Togo, którego umiłował. Dobrze, jeśli taki żal w naszym sercu występuje. Dobrze, jeśli popełniwszy jakiś grzech, zdajemy sobie sprawę, że zawiedliśmy, że zdradziliśmy tę miłość, która powinna być treścią naszego życia.

Żal duszy nie ściska

Ale są takie sytuacje, że grzech nie powoduje smutku. Trudno jest przecież płakać po raz setny i kilkusetny nad tymi grzechami, które często się w naszym życiu powtarzają. Trudno jest też płakać nad grzechami – a przecież wiele takich jest – które sprawiają nam przyjemność. Przecież jednym z podstawowych elementów szatańskiego kuszenia nas do grzechu jest to, że te czyny, do których chce nas diabeł nakłonić, są właśnie przyjemne. A więc nie wywołują w nas łez. Nie budzą smutku czy jakiegoś szczególnego bólu.

Zawartość zła w złu

Czym zatem jest żal za grzechy? Jak wypełnić ten niezbędny warunek, do którego jesteśmy zobowiązani zanim przystąpimy do spowiedzi?

Żal za grzechy jest uznaniem zła. W rachunku sumienia przypominamy sobie różne wydarzenia z naszego życia, różne zachowania, różne postawy, czyny, których dokonaliśmy, także nasze słowa, myśli. I te złe, i te dobre. A jednocześnie oceniamy je pod względem tego, czy są naprawdę dobre, a inne – naprawdę złe, i dlaczego takie są. Nie można poprzestać na poziomie: złamałem przykazanie – muszę się wyspowiadać. Trzeba wniknąć w głąb tajemnicy zła, tajemnicy grzechu. Trzeba dostrzec, że w tym, co nazywamy grzechem, w tym, z czego będziemy się spowiadać, kryje się jakaś krzywda, uczyniona drugiemu człowiekowi. Trzeba dostrzec krzywdę, którą samym sobie wyrządzamy przez taki lub inny czyn. Trzeba dostrzec rzeczywistą zniewagę Boga, który uczy nas miłości, a którego zawodzimy. Którego z zasady uznajemy za naszego Stwórcę i Pana i nazywamy Ojcem, a którego w praktyce lekceważymy. Trzeba dostrzec zło w grzechu. Bo przecież kolejna – może jeszcze częstsza – szatańska sztuczka, żeby nas wciągnąć w grzech, to to, że zło przedstawia się nam jako dobro. I czyny, z których nawet się spowiadamy, uznajemy nie za rzeczywiście złe, a tylko za zakazane.

Trzeba też zastanowić się nad motywami naszego postępowania. Nad tym, co nami kierowało. To pomaga czasami dostrzec swój egoizm, pychę, obłudę, nawet w czynach, które na pierwszy rzut oka wydają się nam dobre albo obojętne.

A co wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jakiś czyn jest uznawany za grzech? Nie widzimy w tym żadnej krzywdy czy zniewagi Boga. Pozostaje wtedy zaufać autorytetowi Ewangelii i Kościoła, który Jezus ustanowił dla interpretacji swojej nauki. Wtedy odrzucenie grzechu ze względu na autorytet staje się naszym żalem. Może nawet bardziej miłą Bogu, bo trudniejszą formą żalu.

Moja wina, moja wina

Ważne jest także to, żeby uznać zło w sobie samym. Nie w kimś innym. Powiedzieć: tak, to ja jestem winny. Nie ma żalu za grzechy osoba, która widzi zło jakiejś sytuacji, czegoś, co „się” zdarzyło. To ja popełniłem grzech. To ja skrzywdziłem. To ja naruszyłem świętość Boga, ja Go obraziłem. I nie ma wystarczającego żalu za grzechy osoba, która czy to w spowiedzi, czy w rachunku sumienia usprawiedliwia się.

Oczywiście należy zdawać sobie sprawę z okoliczności, które mogą sprawiać, że nasz grzech może być cięższy albo lżejszy. Są też takie okoliczności, które zupełnie zwalniają nas z odpowiedzialności moralnej za jakiś czyn. Na przykład kiedy robimy coś nieświadomie albo nie z własnej woli. Oczywiste jest na przykład, że nie musimy się spowiadać, a wcześniej żałować za opuszczenie Mszy świętej, jeśli było to spowodowane chorobą. Fałszywą pokorą i jakimś zakłamaniem jest też, kiedy przypisujemy sobie większą winę niż jest w rzeczywistości.

Natomiast dużym błędem jest, jeśli uważamy że to wyłącznie zewnętrzne okoliczności albo inny ludzie sprawiają, że postępujemy tak, a nie inaczej. Trzeba podjąć trud, by uchwycić moment podejmowania decyzji. Kiedy można było postąpić lepiej, a wybraliśmy tę gorszą możliwość. Kiedy można było wybrać miłość do bliźniego, a wybraliśmy to, co wygodne dla nas.

Czasami w konfesjonale staramy się w taki sposób opisać swoje grzechy, aby zabrzmiały jak najłagodniej, aby wybrzmiało w nich jak najmniej naszej winy. Jakbyśmy chcieli przekonać spowiednika, że tak właściwie to nie mamy grzechu. Jeśli tak, to możemy się zapytać: po co przychodzisz do spowiedzi? A tymczasem raczej chodzi o to, żeby pokazać się z tej najgorszej strony. Tylko wtedy Bóg może dać nam łaskę uzdrowienia. Tak jak lekarzowi staramy się pokazać wszystkie niepokojące objawy, bo tylko wtedy może prawidłowo rozpoznać chorobę i podjąć odpowiednie leczenie. A nie próbujemy udowodnić mu, że właściwie to jesteśmy zdrowi.

Niech nasz żal nie będzie użalaniem się nad sobą, ale niech się staje postawą prawdziwego obrzydzenia i wstrętu do zła. Postawą, dzięki której od-rzucimy grzech. Która na przyszłość odciągnie nas od zła, a popchnie w kierunku Chrystusa ukrzyżowanego, który jako jedyny może nam dać prawdziwą pociechę.

 

Mocne postanowienie poprawy

 

Oczywiste?

Konieczność postanowienia poprawy jest oczywista, ale tylko jeśli pamiętamy, że sakrament pokuty jest nie tylko jakimś oczyszczeniem z grzechów i win, ale przede wszystkim jest sakramentem pojednania, pogodzenia się z Bogiem. Niezbędne jest postanowienie mocne, a przede wszystkim szczere, bo decyduje o autentyczności naszej postawy i decyduje o tym, czy prawdziwie dokona się sakrament pokuty – powrót do Boga, czy też nie.

Jeśli porównujemy sakrament pokuty z przepraszaniem i godzeniem się między ludźmi, to możemy wyobrazić sobie taką sytuację: Dziecko przeprasza mamę, że zabrało jej z portfela dwadzieścia złotych, a jednocześnie, wymawiając słowa przeprosin, już rozgląda się, gdzie mama położyła torebkę, żeby za chwilę zrobić to samo. Zdajemy sobie sprawę, że takie przeprosiny są po prostu kłamstwem. I takie przekonanie powinno towarzyszyć nam przy korzystaniu z sakramentu pokuty. Jeżeli z jakiegoś powodu nie mamy szczerej intencji poprawy, to znaczy, że nie jesteśmy jeszcze gotowi na pojednanie się z Bogiem.

Ogólne i szczegółowe

Nasze postanowienie powinno być oczywiście ogólne. To znaczy: Ogólnie chcemy się poprawić. Chcemy się nawrócić, powrócić do Boga. Chcemy, żeby w naszym życiu było mniej zła. Ale przede wszystkim musi być to postanowienie szczegółowe. To znaczy każdy grzech, który dostrzegliśmy, patrząc na swoje sumienie, mamy odrzucić. Mamy wyrazić swoją niezgodę na ten grzech w przyszłości.

Pojedynczo

Zdajemy sobie sprawę, że nie da się zmienić swojego życia na święte raz na zawsze. Nie popełniać już więcej grzechów. Dlatego nasza decyzja o niegrzeszeniu powinna się przeobrazić w postanowienie konkretnej walki z konkretnymi słabościami. Warto po każdej spowiedzi wybrać sobie jeden grzech, jeden problem, nad którym w najbliższym czasie będziemy pracować. Może to być grzech najpoważniejszy albo coś, co się najczęściej powtarza. I zastanowić się, co w praktyce możemy zrobić, żeby ten grzech przestał się powtarzać albo powtarzał się rzadziej, albo miał mniejszy wpływ na nasze życie. I przed kolejną spowiedzią można zastanowić się, czy byliśmy wierni temu postanowieniu. Jeśli tak, dziękujmy Bogu. A jeśli było zbyt trudne albo zbyt ogólne, albo z innego powodu nie przyniosło skutków – wiemy, co zmienić, co zrobić inaczej.

Czy muszę odcinać sobie rękę?

Są takie sytuacje, w których nasze czyny weryfikują szczerość postanowienia. Na przykład jeśli ktoś spowiada się z grzechu oglądania pornografii, a jednocześnie nie pozbył się jeszcze (i nie ma zamiaru się pozbyć) materiałów pornograficznych, to widać, że nie ma w nim szczerej decyzji. Albo oczywiste jest, że w spowiedzi nie mogą otrzymać rozgrzeszenia osoby, które spowiadają się z cudzołóstwa przedmałżeńskiego, a jednocześnie mieszkają razem i nie zamierzają się wyprowadzić.

Pan Jezus powiedział: „Jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie” (Mt 5, 30). Może nie musimy odcinać sobie rąk. Ale znam kogoś, kto zwrócił uwagę, że grzechem, który go zniewala jest nadmierne oglądanie telewizji. I jego postanowienie poprawy skonkretyzowało się tak, że wyrzucił telewizor. Czasami potrzeba właśnie takiego radykalnego kroku, żeby odrzucić zło, a wybrać wolność. Ktoś mógłby powiedzieć: Ale przecież w telewizji można oglądać dobre rzeczy; to ważne, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie. Tak, to ważne. Ale nie tak bardzo jak wolność naszego serca. Potrzeba czasami dużego zaufania Bogu.

Zaufania w to, że podejmując mocne postanowienie odrzucenia zła, nic nie stracimy. A w każdym razie nie stracimy nic dobrego, nie stracimy pełni życia i szczęścia już na tym świecie. Bo Pan Bóg nie chce nam tego odebrać. Potrzeba takiego zaufania, aby nie zostawić sobie żadnej furtki powrotu, aby spalić wszystkie mosty prowadzące do starego życia.

Jestem nałogowcem

Co zrobić, jeśli trwamy w jakimś nałogu i wiemy, że grzeszne czyny będą się powtarzać? Mówiąc o nałogu, mamy na myśli oczywiście nie tylko alkohol, papierosy, czy inne używki. Każdy grzech, który jakoś się powtarza, który staje się stałą skłonnością, odbierając nam wolność, to właśnie nałóg.

Nie chodzi w takim przypadku o to, żeby się oszukiwać, że już nigdy tego grzechu nie popełnimy. Uznajemy swoją słabość, znamy swoją słabą wolę. I może już wielokrotnie z całych sił postanawialiśmy z tym grzechem skończyć, a się nie udało.

Trzeba się wtedy postarać o dwie rzeczy. Przede wszystkim musimy dać Bogu szansę. Nie poddać się zwątpieniu i uwierzyć, że całkowite wyzwolenie z tego grzechu jest możliwe. Mimo że już wiele razy spowiadaliśmy się, podejmowaliśmy postanowienie i nic z tego nie wyszło, może to właśnie po tej spowiedzi uda się Jezusowi w nas pokonać ten grzech.

A jednocześnie, kiedy nie da się z czymś zerwać „za jednym zamachem”, trzeba podjąć systematyczną, mozolną, wytrwałą pracę nad ograniczeniem występowania tego grzechu. Może za każdym razem, po każdej kolejnej spowiedzi, uda się wytrwać bez grzechu o jeden dzień dłużej.

Nie przechodzić koło sklepu z grzechem

Kiedy wyrzekamy się zła w czasie odnawiania przyrzeczeń chrzcielnych, mówimy: wyrzekamy się – najpierw zła, szatana, ale – wyrzekamy się także „wszystkiego, co prowadzi do zła, aby nas grzech nie opanował”. Także św. Paweł w Pierwszym Liście do Tesaloniczan pisze nie tylko: unikajcie grzechu. Ale: „Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1Tes 5, 22). Tak wielkie musi być to nasze postanowienie. Wszystkiego, co może nas doprowadzić do grzechu. Potrzeba tu bardzo konkretnego stanięcia w prawdzie; czysto ludzkiego poznania siebie, swoich zachowań, słabości. I unikania wszelkiej okazji do grzechu. Na przykład jeśli ktoś ma skłonność do upijania się, to wie, że nie powinien uczestniczyć w imprezach, na których będzie miał styczność z alkoholem. A wracając po pracy do domu, wie, że musi wybrać drogę, która nie prowadzi obok sklepu monopolowego.

Więcej dobra

I jeszcze jeden wymiar postanowienia poprawy. Nie może to być tylko odrzucenie grzechu i tego, co do grzechu prowadzi. Trzeba nam postanowić to, żeby było w naszym życiu dobro. Bo przecież życie chrześcijańskie, życie z Bogiem, to nie tylko walka, to nie tylko ciągłe zmaganie się szatanem i jego pokusami. Ale to przede wszystkim realizowanie tego dobra, które Bóg dla nas zamierzył, do którego powołuje nas każdego dnia. Trzeba więc postanawiać nie tylko, że będzie w naszym życiu mniej grzechów, ale że będzie w nim więcej dobra. I to nie tylko do pewnego poziomu. Bo uczniom Chrystusa nie wystarczy nigdy pozostać na jakimś „zadowalającym” poziomie. Mamy przecież dążyć do świętości, a ona jakoś kojarzy się z nieskończonością. Tak jak Bóg jest święty i nieskończony. Trzeba więc zgodzić się także na tę nie kończącą się nigdy drogę pomnażania dobra w naszym życiu. Drogę, która tu, na ziemi się nie skończy i trzeba będzie ciągłego starania, aby to dobro było coraz większe, coraz obfitsze. Coraz bardziej otwarte i dostępne dla wszystkich ludzi, którzy nas otaczają.

 

Spowiedź szczera

 

Po rachunku sumienia, po wzbudzeniu żalu za grzechy, po podjęciu mocnego postanowienia poprawy przystępujemy do wyznania swoich grzechów i uzyskania rozgrzeszenia.

Wyrwać z mroku

Wiele osób zastanawia się, czy spowiedź jest tak naprawdę konieczna. Spowiedź drugiemu człowiekowi, który przecież także jest grzeszny. Spowiedź to wyrwanie naszych grzechów z mroku. Grzechy trzeba wyrwać z mroku tajemnicy. Oczywiście nie z tajemnicy przed innymi ludźmi – bo przed nimi pozostaną ukryte. Chodzi o mrok, do którego nie ma dostępu Bóg. I do którego nie mamy dostępu my sami. Tylko grzech, który jest konkretnie nazwany i wypowiedziany, może się jakby od nas oddalić, tak jak cichnie echo wypowiadanych słów. Tylko te miejsca w naszym sumieniu, które będą wydobyte z mroku, mogą być dotknięte przez Boga i uzdrowione. Dlatego właśnie Jezus dał Apostołom władzę rozgrzeszania.

Spowiedź daje nam też pewność Bożego przebaczenia. Czasami można usłyszeć takie świadectwa protestantów (oczywiście niektórych), że zazdroszczą nam, katolikom, sakramentu pokuty. Zazdroszczą nam spowiedzi. Bo oni ze swoim grzechem w pewnym sensie pozostają sami. Nawet jeśli jest w nich żal za grzechy, nawet jeśli mają nadzieję na Boże miłosierdzie, nawet jeśli podejmują pracę nad poprawą swojego postępowania, to taka niewypowiedziana i nierozgrzeszona wina pozostaje w ich sercu i je rani.

Trzymając się porównania z przepraszaniem i godzeniem się, pojednywaniem między ludźmi, także można zauważyć, jak bardzo potrzebne jest to wypowiedzenie naszych grzechów w spowiedzi. Kiedy godzimy się między sobą, to bardzo często nie wystarczy to, że rzeczywiście, faktycznie żałujemy. Nawet poprawa, nawet jakiś gest pojednania okazuje się często niewystarczający. Trzeba konkretnego wypowiedzenia tego słowa: „przepraszam”. I przepraszam – konkretnie za co. A potem jak ważne jest dla nas, że słyszymy to słowo „wybaczam ci”. Tak często brakuje tego w naszych relacjach. Tak trudno jest nam przepraszać się nawzajem, bo wymaga to dużej pokory, konkretnego, jednoznacznego przyznania się do winy.

Integralność

Żeby spowiedź była ważna, trzeba wyznać wszystkie grzechy ciężkie. Wszystkie, bo też nie ma przebaczenia częściowego. Mąż, który – na przykład – zdradził żonę i jeszcze ją pobił; gdyby chciał ją przepraszać za zdradę, ale nie żałował tego drugiego czynu – w takiej sytuacji nie ma szans na pojednanie. Aby zachować integralność spowiedzi, nasza postawa powrotu do Boga musi być pełna, musi ogarniać wszystkie dziedziny naszego życia.
Możemy powiedzieć też o grzechach lekkich, zwłaszcza tych, które najczęściej się powtarzają. Jeśli pracujemy nad jakimś nałogiem, nad jakąś wadą czy jakimś nieuporządkowanym przywiązaniem do rzeczy, czynności czy osób, wtedy warto powiedzieć o tych trudnościach i o postanowieniach, które podejmujemy.

Trzeba uzupełnić nasze wyznanie grzechów o okoliczności. To, co mogło sprawić, że jakiś czyn stał się grzechem bardziej poważnym albo przeciwnie – lżejszym. Bo czym innym jest kłamstwo, a czym innym np. kłamstwo pod przysięgą. Czym innym jest kradzież, a czym innym – kradzież czyichś ostatnich pieniędzy. Palenie papierosów – a palenie przy dzieciach. Oczernianie – a oczernianie np. księdza albo innych osób, które mogą służyć ludziom między innymi dzięki zaufaniu, jakim się cieszą.

W ramach określania okoliczności naszych czynów warto zwrócić uwagę na to, kim jesteśmy. Zazwyczaj robimy to na początku spowiedzi. Jakby przedstawiamy się. Bo przecież inaczej powinien spowiadać się ksiądz, inaczej spowiada się kawaler czy jakaś osoba młoda, a inaczej na przykład mąż i ojciec, który jest odpowiedzialny za swoją rodzinę. To bardzo ważne, że wobec Boga stajemy właśnie tacy, jacy jesteśmy. Z tożsamością, którą wyznacza nasza sytuacja życiowa, pozycja społeczna, różne nasze obowiązki. I ze świadomością, że każdy nasz grzech wpływa na każdą dziedzinę naszego życia. Na przykład matka. Nawet jeśli popełnia jakiś grzech nie w obecności swoich dzieci i nawet jeśli dzieci nigdy się o tym nie dowiedzą, ani nie odczują bezpośrednio skutków tego grzechu, to jednak na jej macierzyństwo każdy jej grzech wpływa. Na to, czy jest dobrą, czy jest świętą – a o to powinna się starać – matką.

To nie zwykła rozmowa

Trzeba też pamiętać, żeby nie uczynić spowiedzi wygadywaniem się. Oczywiście możemy na spowiedzi opowiedzieć o swoich problemach. Ale nie o wszystkich problemach związanych ze zdrowiem, sytuacją materialną, zawodową czy rodzinną. Nie o problemach współmałżonków, rodzeństwa czy dzieci. Nie po to, żeby się wyżalić albo poskarżyć na kogoś. Opowiadamy o problemach naszego sumienia. Jeśli nasze grzechy lub jakieś wątpliwości moralne dotyczą konkretnego problemu, sytuacji rodzinnej lub jakiejś innej, oczywiście możemy ogólnie, w krótkich słowach zaznaczyć, jak ta sytuacja wygląda. Ale warto jeszcze przed spowiedzią zastanowić się, co będziemy opowiadać i czy rzeczywiście ma to służyć naświetleniu sytuacji, w jakiej znajduje się nasze sumienie, czy nie jest to czasem użalanie się nad sobą i swoim ciężkim losem.

Oczywiście Boga interesuje nasze życie i trudy naszej codzienności. Boga zapraszamy do wszystkich swoich problemów, prosimy o zdrowie, o pomyślność rodzinną, materialną czy jakąkolwiek inną. Ale nie taki jest sens spowiedzi.

Nie można też traktować spowiedzi jako rozmowy z księdzem. Pamiętamy, że ksiądz w konfesjonale jest zastępcą Jezusa, nie występuje tutaj we własnym imieniu. Może doradzić na tyle, na ile starczy mu jakiejś życiowej mądrości, doświadczenia czy Bożej łaski. Ale jeśli potrzebujemy czasem „pogadać” z księdzem, opowiedzieć o swoich problemach, wyżalić się, to możemy to zrobić przy innej okazji, poza konfesjonałem.

Tajemnica

I jeszcze słowo na temat tajemnicy spowiedzi. Jest ona dla nas jakąś oczywistą rzeczą ze strony spowiednika. To, że nikomu ksiądz o naszych grzechach nie powie. I rzeczywiście nie powie. A nawet więcej: zazwyczaj Pan Bóg daje spowiednikom taką łaskę, że także w osobistym myśleniu są wolni od tych grzechów, które usłyszeli w spowiedzi. Że nie wpływa to na ich stosunek do osób, które się u nich spowiadają. I także w jakichś osobistych relacjach z tymi osobami ani nie myślą, ani nie wracają w rozmowach – nie wolno im – do tych spraw z konfesjonału. Najczęściej Pan Bóg daje spowiednikom łaskę zapominania.

Ale tajemnica spowiedzi dotyczy także penitenta, czyli tego, kto się spowiada. Oczywiście nie w takim samym sensie, jak spowiednika. Ale to, co dokonuje się przy kratkach konfesjonału, to jest sprawa pomiędzy mną a samym Bogiem. I te słowa, które wypowiada do mnie spowiednik, są skierowane tylko do mnie. I zupełnie nie odnoszą się do innych osób, nawet będących w podobnej sytuacji. Nie należy bez potrzeby o tym opowiadać, rozmawiać czy komentować.

Każda spowiedź jest zbliżeniem się do Tego, który jest sprawiedliwym Sędzią, troskliwym Lekarzem, a nade wszystko miłosiernym Ojcem. Jest spotkaniem z Bogiem, który wie o nas wszystko, a jednocześnie oczekuje od nas prawdy. Jezus powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Pozwólmy Jezusowi ukrzyżowanemu, którego mocy doświadczamy w konfesjonale, w którego imię dokonuje się odpuszczenie naszych grzechów – aby przez prawdę nieustannie nas wyzwalał.

 

Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu

 

Ktoś już zapłacił

Kiedy mówimy o zadośćuczynieniu, jako piątym warunku sakramentu pokuty, zawsze trzeba mieć w pamięci to, że tak naprawdę zadośćuczynienie już jest wypełnione. To Jezus na krzyżu zgładził całe zło, jakie dokonało się od początku świata do końca. Także poniósł karę za każdy nasz grzech. Pismo Święte mówi: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23) i Jezus właśnie poniósł śmierć za nasze grzechy.

Warto rozważać słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo… Jezusa. Na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata”. Ofiarujemy Ojcu Jego własnego Syna, ponieważ sami nie mamy co Mu dać. Tak naprawdę jedyne, co mamy, to nasze grzechy; jedyne, co należy w zupełności do nas. Bo całe dobro otrzymaliśmy przecież od Boga. Także możliwość czynienia dobra, spełniania dobrych uczynków, nawet zdolność do modlitwy – to wszystko jest łaską Bożą i jest możliwe tylko dzięki łasce.

To, co możemy zrobić to przyjąć Jezusowe zadośćuczynienie i jakoś podjąć współpracę w tym dziele naprawiania zła, jakie się w naszym życiu dokonało. Zjednoczyć się z Jezusem ponoszącym konsekwencje naszych grzechów. Na tym w końcu polegają wszystkie sakramenty – na jednoczeniu się z Jezusem.

„Zadaną pokutę odmówiłem”

Najbardziej podstawowym elementem zadośćuczynienia jest wypełnienie pokuty wyznaczonej przez spowiednika. Nie jest ona żadną karą za nasze grzechy. Nie jest wymierzoną ceną, żadnym „wyrównaniem rachunków”. Bo to już się dokonało; tę karę przyjął Chrystus, tę cenę zapłacił Chrystus. Pokuta jest raczej jakimś lekarstwem, czymś, co ma nam pomóc w uzdrowieniu serca z choroby grzechu. Należy ją odmówić jak najszybciej po spowiedzi, pamiętając, że jest ona częścią tego konkretnego sakramentu pokuty. Jest też wyrazem naszego posłuszeństwa i gotowości wejścia na drogę poprawy. Odkładanie jej bez przyczyny to grzech zaniedbania.

Może coś więcej

Ale zadośćuczynienie Bogu nie musi się ograniczać do odmówienia modlitwy zadanej w konfesjonale. Możemy sami podejmować różne formy duchowego zadośćuczynienia. Odmawiać inne modlitwy, podejmować posty, dawać jałmużnę. Bo przecież Słowo Boże mówi: „Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z wszelkiego grzechu” (Tb 12, 9). Warto modlić się o Boże przebaczenie. Czy tak naprawdę modlimy się o to? Często jest tak, że nawet jeśli modlitwa dotyczy naszej grzeszności, to modlimy się, żeby Pan Bóg jakoś pomógł nam wyzwolić się z tego grzechu, żeby pomógł nam się poprawić, stać się lepszymi. To bardzo dobrze. Ale czy modlimy się o – po prostu -Boże przebaczenie? Czy ofiarujemy modlitwę, poświęcony Bogu czas, jakieś wyrzeczenia w intencji naprawdę przebłagalnej?

Zadość czynić Bogu chyba najbardziej konkretnie można za grzechy, które są wprost przeciwko Niemu. I tak, jeśli na przykład zdarzyło się nam opuścić niedzielną Eucharystię, to z jednej strony – już przepadło, nie da się wrócić tej niedzieli. Ale, z drugiej strony, można jakoś otworzyć się na te łaski, jakie utraciliśmy, uczestnicząc we Mszy świętej w inny dzień tygodnia. Jeśli naruszyliśmy post w jakiś piątek – podobnie: możemy podjąć post innego dnia. Jeżeli na przykład zdarza się nam wymawiać Imię Boże nadaremno, można podjąć jakąś formę modlitwy, w której właśnie święte Imię Jezusa czy pozostałych Osób Boskich będziemy powtarzać z należną czcią i miłością.

Naprawić zło

A w jaki sposób zadość czynić bliźniemu? Przede wszystkim naprawić wyrządzone zło. Najprostszym przykładem jest kradzież. Zadośćuczynieniem jest wtedy oddanie ukradzionej rzeczy. To oczywiste, że bez tego nie jesteśmy w stanie pogodzić się z osobą, której coś zabraliśmy. Ale też inne grzechy. Jeśli kogoś okłamaliśmy i ta osoba trwa w błędzie, należy powiedzieć prawdę. Jeśli kogoś oczerniliśmy (czyli powiedzieliśmy kłamliwie coś złego o jakiejś osobie), należałoby sprostować, odwołać to rzucone oszczerstwo i to wobec tych samych osób, które je słyszały.

Zło nieodwracalne?

Nie zawsze jednak zadośćuczynienie, naprawienie zła jest tak proste. Są takie grzechy, za które nie da się wprost zadośćuczynić. Kiedy skutki jakiegoś czynu są nieodwracalne; nie da się ich cofnąć ani naprawić. Warto wtedy przypomnieć sobie zasadę św. Pawła: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12, 21) i postarać się o dwie rzeczy.

Pierwsza to nie tracić nadziei i modlić się o to, żeby Pan Bóg zajął się naprawianiem tych złych skutków i przeobrażaniem ich w dobro. Mówi się, że właśnie na tym polega wszechmoc Boga: że nawet ze zła potrafi wyprowadzić dobro. Najmocniejszym przykładem takiego działania jest Jezus Chrystus. Jego zabicie, męka, to, co Mu uczyniliśmy, było wielkim złem. Natomiast Bóg wyprowadził z tego niewyobrażalnie większe dobro: zbawienie całego świata, odkupienie całego zła, naprawienie tego, co zostało zniszczone przez grzech pierworodny. Z każdym naszym grzechem może zrobić to samo. Każdym.

Konkretne zło – konkretnym dobrem

Druga rzecz, którą musimy podjąć, to osobiste przyłączenie się do Boga w tym dziele przekształcania zła w dobro. To jakby nasz sposób uczestnictwa we wszechmocy Bożej. Bo my też w jakimś stopniu możemy mieć udział w tym, co jest Bożym sposobem działania. W naszym zadośćuczynieniu za grzechy powinniśmy więc całą mocą, całym wysiłkiem kierować się ku dobru. Czynić dobro szczególnie w tych dziedzinach, w tych sprawach, wobec tych osób, które dotknął nasz grzech. Mąż, który skrzywdził swoją żonę i dzieci, nie cofnie już ani wypowiedzianych poniżających i raniących słów, ani czynów. Jednak kiedy się nawrócił, kiedy zrozumiał swój grzech i chce odbudować utracone zaufanie, wtedy zaczyna po prostu czynić dobro. Choć jest to tak bardzo trudne, zwłaszcza jeśli nikt nie chce przyjąć jego miłości, uznać jego dobrych chęci. Być może nie odzyska już utraconego zaufania. Ale tym, co przynosi oczyszczenie, a jednocześnie prawdziwie uzdrawia skutki zła, jest właśnie czynienie dobra czy nawet poświęcenie się dla osób, które zraniliśmy.

 

Podsumowanie

 

Sakrament pokuty można porównać do sądu. I możemy mieć takie podejście, że Boga w tym sakramencie traktujemy jako naszego oskarżyciela. Tego, kto wyrzuca, wypomina nam każdy grzech, wytyka każdą naszą słabość. Stajemy wobec Boga jak przed jakimś wymagającym, nieżyczliwym szefem, oczekując kpiących słów w rodzaju: „No proszę, znowu się nie udało”. Tak często traktujemy Boga jako przeciwnika, oskarżyciela. A to nieprawda. W ten sposób raczej przykładamy do Boga swoją własną miarę. A tymczasem Pismo Święte szatana nazywa naszym oskarżycielem (por. Ap 12, 10).

Możemy Boga uważać za sędziego. I owszem, jest naszym Sędzią. Sędzią najbardziej sprawiedliwym. Jednak ta Jego sprawiedliwość ujawni się przede wszystkim na końcu, na sądzie po śmierci.

A tak naprawdę, jeśli sakrament pokuty jest jakąś formą sądu, to Bóg jest w nim nikim innym, jak tylko naszym Obrońcą. Jest po naszej stronie.

To On staje razem z nami do walki z grzechem, który mamy w swoim sercu. Najlepiej odczuwamy to, kiedy toczymy jakiś bój ze swoimi słabościami. Kiedy po raz kolejny przystępujemy do sakramentu pokuty z tym samym, z jakimś nałogiem, z czymś, co nas niszczy, z czymś, co wraca. I mówimy: Panie, już nie mam siły, już nie wiem, co robić, już nie jestem w stanie dostrzec drogi ku dobru, już tracę wiarę, że może być lepiej. I wtedy zaczynamy traktować Boga jako naszego sojusznika.

Właśnie ta postawa powinna nam towarzyszyć za każdym razem, kiedy podejmujemy pięć warunków sakramentu pokuty.

– Razem z Bogiem, który jest po naszej stronie, powinniśmy robić rachunek sumienia. Starać się razem z nim, Jego oczami spojrzeć na swoje życie,
– razem z Bogiem zapłakać nad złem, które dokonało się w naszym życiu, wzbudzić żal za grzechy,
– razem z Bogiem, który jest po naszej stronie, w oparciu o jakąś Jego mądrość, Jego rady podjąć postanowienie poprawy,
– razem z Bogiem uklęknąć przy kratkach konfesjonału…
I razem z Bogiem, we współpracy z Jego wszechmocą podjąć naprawianie naszego zła. Podjąć dzieło wprowadzania dobra w życie nasze i tych, których swoim grzechem skrzywdziliśmy.

Niech doświadczenie sakramentu pokuty za każdym razem, kiedy będziemy do niego przystępować zbliża nas do Boga, niech przypomina, że On jest po naszej stronie. I niech pogłębia w nas miłość Bożą.

Ks. Rafał Żabicki

Źródło:
swfranciszek.waw.pl

Close Menu